Księga Boga Żywego 1923 r. - Bo Yin Ra - książka wyd. 1923
Opis
Przedmowa. Kto pragnie Bô Yin Râ „Księgę Boga żywego“ właściwie zrozumieć, niechaj ją czyta, jak coś zupełnie nowego, — niechaj ją czyta w spokoju, z najwyższą troskliwością i oddaniem, aż treść jej stanie się żywa w sercu i czaszce i dopomoże własnym myślom, aby same nić przędły dalej, — niechaj ją czyta nadewszystko, nie stosując żadnych kryterjów dotychczasowej wiedzy o mistyce, okultyźmie, magji, telepatji i podobnych dziedzinach: ukryłyby mu one tylko właściwy sens i uczyniły z „Księgi Boga żywego“ księgę o siedmiu pieczęciach. Im bardziej otwiera się dla dzisiejszej ludzkości dziedzina rzeczy tajemnych, tem zawikłańszem wydaje się prawidłowe ich ujęcie. Winną jest temu bezdenna powierzchowność i obojętność względem wszystkiego, co nie stoi w związku z zarabianiem pieniędzy, — z drugiej zaś strony smutna okoliczność, że wszelaka hałastra, w najmniejszym stopniu nie powołana, nie mówiąc już o pomazaniu, — śle w świat książki za książkami, roni je, że tak powiem, w galopie, — książki, których treść niby chwast zagłusza prawdziwe róże w cudownym ogrodzie tajemnego poznania. Kto chce się poważyć powiedzieć coś o „Sztuce Królewskiej“ prawdziwej magji, ten musi ją pierwej przez ciąg całego życia ludzkiego uprawiać, musi być jednym z owych wysłańców ducha, ze skroni których promieniują świetlane rogi Mojżesza. Wielu mniema, iż duchowe zdobycze filozofji jakiegoś Sankaracharya, Plotyna, Heraklita, Demokryta czy Hegla są najlepszemi owocami, które ma do oddania byt ziemski, — nie wiedzą oni, że nigdy nie gasnące, nigdy nie wyczerpane życie jest wiecznie wyższe ponad wszystko, co zerwać można z Drzewa Poznania. Wielki mędrzec chiński Lao-Tse powiedział niegdyś: „Oto siedzą mędrcy na górach i dumają o zagadkach wieczności, — ja jednak oddycham świadomie“. Nawet najostrzejszy zmysł filozoficzny i zdolność do wyślęczenia sobie wolnego od luk logicznego światopoglądu wiodą na ławicę, jeśli nie stanie pobok przeżywanie magiczne i ciągłe czuwanie w wieczystej świadomości jaźni — poślubienie wszystkiego, co boskie, twórcze —: uderzenie toporem w głowę, strzał w serce: i oto owoce wszelakiego myślenia leżą w prochu. Od czasu jak w ostatniej minionej ćwierci ubiegłego wieku powołała do życia Rosjanka H. P. Bławacka tak zwane Towarzystwo Teozoficzne, dmąc w trąbę alarmową na prawie zamilkłą już sztukę magji, od tego czasu wezbrało jakieś duchowe poruszenie, które, — jeśli w ostatniej jeszcze chwili nie zostanie na właściwe tory skierowane, — wywoła nowe średniowiecze z wiarą w czarownice, histerję i urojenia. Ba, coś gorszego jeszcze: małpowanie istotnej magji, karykaturalna maska na prawdziwem obliczu nieśmiertelnej duchowości, potworna postać, co sobie kuśtyka, udrapowana w zbutwiałą szatę tak zwanej uczoności. Gdy tylko samoobłudnicy i awanturnicy wszystkich ras, medja, hypnotyzerzy i „pomazańcy“, pomazani zjełczałym tłuszczem próżności i samookadzania, usłyszeli z ust teozofów, że istnieje dzwon, co wieści nieśmiertelność, — już wiedzą wszyscy „dokładnie“, gdzie on wisi, a godni pożałowania ludzie, co im wierzą, wylatują oślepli na bezbrzeżną pustynię za mamiącym dźwiękiem, który — zda im się, że słyszą już przed sobą. Inni, rozważniejsi, imają się „świętych“ ksiąg, studjują to, co pozostało z dawnych czasów, okaleczone, fałszywie tłumaczone, źle rozumiane przez popów wszystkich ludów, zeszpecone i zasłonięte, i wątpią o lśniącej prawdzie, gdy im się nie udaje wcisnąć w jedno wspólne łoże prokrustowe zdań Mojżesza, Buddhy, Jezusa czy Zaratustry. Przyzwyczajeni do używania rozumu, jako jedynego narzędzia, i uważania wiedzy mózgowej za jedyną drogę wyzwolenia, gdy napotykają coś, czego inni przed nimi jeszcze nie rozdrobnili, — przyzwyczajeni odrzucać zdolność pojmowania przez uczucie, jako bezużyteczny twór przypadku i wyobraźni, nie odnajdą oni więcej drogi do Raju, z którego niegdyś jako praludzie sami się wygnali. Raz po raz pytają oni, jak karły Nibelungów, o rzeczy, których wiedzieć nie potrzeba. Bliżsi byliby rozwiązania zagadki Alberycha: „Jakże mam machać mieczem?“, gdyby sobie uświadomili, że zrodzony i żyjący na samotnej wyspie Robinzon Kruzoë ani o milimetr nie jest dalej od światłodajnego słońca, niż zamyślony szperacz wielkomiejski ze swemi tysiącami bibljotek. Nie myśli mózgu, nie, tylko uczucia i zgodne z niemi echo mogą obudzić duszę ze snu śpiącej królewny, iż wstanie ona, samą siebie wspomniawszy, aby pójść naprzeciw ojczyźnie trwałej świadomości i nieprzerwanych wspomnień, — zrazu śniąc jeszcze jak lunatyk, potem coraz bardziej i bardziej rozbudzona, coraz wyraźniej pojmując „Magję Słowa“, coraz radośniej dążąc naprzeciw światłu, naprzeciw wcześniej obudzonym duszom, iżby tam jeść z niemi z Drzewa Życia Wiecznego, a nie jak dotąd, niby trup pośród trupów, tylko z Drzewa Poznania. Rosjanka H. P. Bławacka twierdziła, zakładając Towarzystwo Teozoficzne, iż czyni to na zlecenie mistrzów azjatyckich, tak zwanych Mahâtma. Unikam tu rozmyślnie krytykowania pani Bławackiej; wystarczy powtórzyć, co pisał Bô Yin Râ, autor tej książki, we wcześniejszych swych dziełach. Ani on sam, ani owo żywe źródło, z którego czerpie, ani wreszcie ci, których zwie on „Białą Lożą“, a których jest prawowicie obranym członkiem, — nie mają nic wspólnego z nauką pani Bławackiej lub jej inspiratorami. Mogłoby to tak przerazić niektórych, co gorąco przywiązani są do Towarzystwa Teozoficznego i w jego naukach zdobyli pewność: „Nie umrę“, — iż mogliby zgoła w przekonaniu, że zmartwią „mistrzów Morja, Koot-Humi i Hilarjona“, jeśli nakłonią się do innej „nauki“, odepchnąć książkę Bô Yin Râ nieczytaną, jako „czarnomagiczne“ dzieło szatana; — tym niech posłuży na pocieszenie zdanie z Bhagavath-Gîtâ: „Żaden uczciwy, o Kriszno, nie idzie drogą do podziemi“. Lecz oto jedno słowo dla wszystkich nieuprzedzonych, to jest: dla tych, którym o teozoficznych czy podobnych dziedzinach nic jeszcze w ucho nie wpadło. Człowiek mija jak cień. Od kolebki do grobu. Co było przedtem? — Nie wie on tego. Co się z nim potem stanie? — Nie wie on tego. Może się on jedynie nakłonić do wiary w istnienie dalszego życia; dowodów na to nie posiada. Może je sobie w najlepszym razie filozoficznie wyszperać należycie, ale już okoliczność, że delirjum, omdlenie czy ogłuszenie pozbawia go świadomości, daje mu żałosny, przykry przedsmak sądu, iż śmierć z pewnością winna nie być furtką do nowego życia, obdarzonego pamięcią o odległym bycie ziemskim. Twierdzą wprawdzie spirytyści, iż mogą podać dowody świadomego życia dalszego po śmierci. Ale uzasadnione, istotnie i niewzruszenie uzasadnione nie są przecież te dowody. (Aczkolwiek prawdziwość pewnych fenomenów spirytystycznych nie ulega wogóle wątpliwości). Dowody — że tak powiem — pozacielesnego, to jest niezależnego od ciała, świadomego życia może jedynie każdy sam dla siebie zdobyć. Co przeżywa wewnętrznie ktokolwiek inny, choćby to był brat rodzony, jest dla mnie bezwartościowe. W najlepszym razie mogą zapewnienia innego człowieka uczynić mi wiarogodnem, że on może być nieśmiertelnym, — że i ja muszę nim być, nie wolno mi z tego wnioskować. Tak tedy jedna pozostaje droga do zdobycia dowodów, iż istnieje coś, co zapewnia nieśmiertelność, a droga ta jest: przeżyć to na sobie samym, tu, w tem życiu, na własnem ciele. Metody, któremi można to osiągnąć, są, jak to już zaznaczyłem, wskazane w dochowanych pismach starożytności, ale najzrozumialsze z nich nawet nie dają więcej, jak ślepe macanie. Nadto są one zastosowane do trybu życia, którego cywilizowany człowiek naszych czasów już nie wiedzie. Wielki mistyk hinduski, Rama Krishna, który umarł pod koniec zeszłego stulecia, powiedział o tem i słusznie: „Stare ścieżki są zasypane“. W „Księdze Boga żywego“ Bô Yin Râ jasno wskazana jest wyraźna, powiedziałbym prawie „łatwa“ droga, która z pewnością do celu wiedzie. A jaki jest cel? Nic mniejszego, jakkolwiekby to miało brzmieć nieprawdopodobnie, jak z „odzianego w skóry“, wygnanego z Raju zwierzęcia człowieczego stworzyć stopniowo owego promiennego praczłowieka, który zgodnie z podaniami, legendami, bajkami i księgami świętemi nie będzie znał śmierci. Czy wówczas nadludzie tacy są sobie równi? Czy weszli bez pragnień do Nirwany, jak Buddha, czy żyją w nadziemskiej błogości, jak Mohammed, czy duch ich rozpłynął się po całym świecie, jak duch Chrystusa, czy też wędrują nieśmiertelni cieleśnie, jak Eljasz? — takie oto pytania słyszę. Odpowiedź brzmi: Każdy idzie drogą swojej tęsknoty i osiąga cel swojej tęsknoty. Tęsknota ta zakorzeniona jest w sercu każdego człowieka; czy jest on już jej świadom, czy nie — ona jedynie jest owem działającem Czemś, co kształtuje los człowieka. Los ziemski jest niczem innem, jak niepodpatrzonym jeszcze przez nas procesem szlifierskim, co z surowego, ślepego kamienia tworzy promieniejące brylanty. Jeśli wytęsknił sobie ślepy kamień tylko zwykły blask, tedy wystarczy może, mówiąc obrazowo, czterokrotne szlifowanie; kamień surowy z wewnętrzną tęsknotą do tysiąckrotnego odbijania promieni słońca, —
